We współczesnej publicystyce politycznej z uporem przedstawia się podział pomiędzy demokracją a totalitaryzmem jako fundament analizy politologicznej. Tak więc, w myśl rozpowszechnionego poglądu, rozróżnienie pomiędzy ustrojami demokratycznymi a totalitarnymi opisuje zasadnicze możliwości organizowania społeczności ludzkich, a przyjęcie ustrojów demokratycznych jest wyzwaniem i szczytowym osiągnięciem nowoczesności. Taka jednak teza jest łatwa do zakwestionowania, gdyż wynika jeśli nie ze złej woli, to co najmniej z nieporządku metodologicznego. Otóż demokracja może być sposobem wyłaniania władz publicznych, podczas gdy praktyki totalitarne mogą być z kolei sposobem sprawowania tej władzy, co stawia oba pojęcia (tj. demokrację i totalitaryzm) na różnych płaszczyznach. I tak, możemy mieć do czynienia nie tylko z nie-totalitarną demokracją, ale też z (opisaną w znanym dziele Jakuba Talmona) totalitarną demokracją. Podobnie mogą istnieć nie-demokracje totalitarne (jak choćby Związek Sowiecki), lecz także nie-demokracje nie-totalitarne, jak liczne monarchie średniowiecznej Europy oraz katolickie autorytaryzmy naszego wieku. Nawet jeśli u niektórych wątpliwości budzą przykłady generałów Franco i Pinocheta oraz profesora Salazara sprawujących współcześnie władzę w narodach katolickich, to niepodobna jednak oskarżać nie-demokratyczne monarchie, w tym: minimalistycznie demokratyczną I Rzeczpospolitą, o totalitaryzm.