Cywilizacja

warto przeczytać

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Konrad Szymański Co dalej z polską prawicą?

Co dalej z polską prawicą?

Coraz bardziej powszechnym odczuciem staje się w ostatnich miesiącach dojrzewanie sytuacji, w której nastąpi kolejna reorganizacja polskiej prawicy.

Niektórzy wieszczą szybki rozpad AWS lub przynajmniej jej okrojenie czyniące z tej koalicji ciało kadłubowe. Najczęściej są to rozmnożeni kandydaci do spadku po AWS, którzy przez ostatnie lata przedstawiali kilka inicjatyw jednoczenia przez podział. Liczą na to oczywiście postkomuniści, dla których obóz zjednoczonej organizacyjnie i szerokiej programowo prawicy jest nieprzebytą przeszkodą do rządzenia katolicką Polską.
Są też scenariusze bardziej realistyczne, mówiące o takim przegrupowaniu sceny politycznej, które dałoby jeszcze lepsze mechanizmy pozyskiwania wszystkich głosów prawicy, które przecież w roku 1997 — roku wygranej AWS — były i tak cząstkowo rozpraszane przez osobny start takich formacji jak Blok dla Polski, UPR, czy ROP. Dla jednych kierunkiem takiego przegrupowania byłaby jednolita bądź federacyjna partia AWS. Dla innych, słabiej rozumiejących wielowątkowość ideową AWS, przegrupowanie miałoby w końcu skupić po jednej stronie blok narodowy, po drugiej zaś blok prawicy liberalnej.
Katalizatorem tych zmian miałyby być klęski zjednoczonej prawicy w wyborach prezydenckich 2000 oraz parlamentarnych 2001. Tu też być może jest źródło fałszywych domniemań dotyczących przyszłości prawicy. Otóż klęską wyborczą dla obozu zjednoczonej prawicy byłby słaby, niewyróżniający się wynik Mariana Krzaklewskiego w wyborach prezydenckich. Oportunizm partii AWS w tworzeniu bloku poparcia dla niego mógł to spowodować, jednak to zagrożenie minęło. Marian Krzaklewski już dziś jest jedynym reprezentantem prawicy, plasującym się wśród poważnych kandydatów prezydenckich, obok A. Kwaśniewskiego i A. Olechowskiego. Jest to fakt społecznie rozpoznawalny i wyczuwalny. Kula śniegowa była powstrzymywana na starcie, ale dziś — wraz z konwencją wyborczą Mariana Krzaklewskiego — zaczyna się już jej pierwszy obrót. Marian Krzaklewski grupuje swój bazowy elektorat wszystkich nurtów prawicy, by już wkrótce zacząć trudne dzieło pozyskiwania niekomunistycznego elektoratu umiarkowanego. Wiele zależy od jego otoczenia, jednak on sam ma jako jedyny na prawicy potencjał by obie te operacje przeprowadzić. W II turze tak jak w przypadku kampanii Lecha Wałęsy wiele będzie zależeć od postawy polityków spoza obozu prezydenckiego Mariana Krzaklewskiego — od silnych przywódców twardej prawicy i polityków Unii Wolności — jednak pamiętajmy, że nawet przy karygodnym oportunizmie Jacka Kuronia i Jana Olszewskiego w roku 1995 Lechowi Wałęsie zabrakło 600.000 głosów by pokonać A.Kwaśniewskiego. Dziś osobami postawionymi w tej odpowiedzialnej sytuacji będą Jan Łopuszański i Leszek Balcerowicz. Stosunki z oboma politykami powinny być możliwie chronione w czasie kampanii.
Jednak Marian Krzaklewski i jego wizja organizowania prawicy nie potrzebuje zwycięstwa w tych wyborach. On i jego polityczny projekt przetrwa, wygra i wzmocni się także wtedy gdy osiągnie widoczny i dominujący w tym obozie wynik wyborczy. A co do tego nie ma już dziś żadnych wątpliwości.
Co zatem z prawicą po wyborach prezydenckich? Jej formuła zamyka się już dziś — w trakcie kampanii prezydenckiej — ponieważ najprawdopodobniej od razu po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich rozpocznie się praca nad przygotowaniem do kampanii parlamentarnej.
Jednakże to nie brak czasu i polityczna dominacja „wygranego” Mariana Krzaklewskiego nie pozwoli na zasadnicze przegrupowania według pozornego kryterium ideowego.
Od lat w Polsce część obozu prawicy narodowej (ZChN) każdorazowo popiera rządy posierpniowe, a druga część pozostaje w głębokiej wobec nich opozycji (różne formuły Stronnictw Narodowych i środowisk pokrewnych). Podobnie rzecz się ma z obozem liberalnym. Po stronie koalicji posierpniowych każdorazowo opowiadają się środowiska ostatnio tworzące SKL, natomiast w głębokiej opozycji wobec nich pozostaje równie niezmiennie Unia Polityki Realnej. Nie tylko sam fakt pozostawania obozów prawicy narodowej i prawicy liberalnej jednocześnie w rządzie i opozycji będzie tu przeszkodą. Ten fakt jest raczej jedynie nieprzypadkowym symptomem głębszych różnic w pojmowaniu polityki. Różnice te są trwale zarysowane w poprzek tych klarownych tylko na etapie retoryki i odniesień przed–politycznych, obozów.
Co więcej sztuczne nawiązanie bliższej współpracy politycznej w ramach tych obozów ideowych nie dałoby żadnej wartości dodanej, ponieważ ich zdolność kooperacji spadłaby gwałtownie do zera, by pogrążyć oba nurty polityczne w izolacji, narastającej kontestacji i radykalizacji postaw. Co paradoksalne, w takiej Polsce władzą mogłyby się wymieniać karykatury tych samych obozów odtworzone przez SLD i PSL (prefiguracja obozu narodowego) i SLD z mutacją Unii Wolności (prefiguracja obozu liberalnego), a języczkiem u wagi — zamiast aktywnych pepinier SKL i ZChN na prawicy — byłyby wewnętrzne frakcje w SLD, przechylające praktyczną monopartię w jedną bądź drugą stronę. Aż kusi by tę myśl rozwinąć. W takim wypadku najprawdopodobniej miejscem, gdzie działaby się realna, poważna polityka przestałby być parlament na rzecz jakiegoś Biura Politycznego SLD, gdzie ścierałyby się być może znane historyczne frakcje — Natolin i Puławy. Wszak silne i głęboko umotywowane ruchy polityczne nie pozbawiają się swoich sporów i konfliktów tradycji politycznej ot tak — z powodu np. Okrągłego Stołu… Ale dość futurologii.
Istotnym pytaniem pozostają powody, dla których wydawałoby się klarownie rozpisane obozy polityczne — liberalnej i narodowej prawicy — nie mogą się wewnętrznie zjednoczyć. Dlaczego po jednej stronie mamy całą gamę — od libertariańskiej po nacjonalistyczną — prawicę opozycyjną, a po drugiej nie mniej różnorodny wachlarz prawicy notorycznie rządowej?
Dzieje się tak z powodu trzech silnych na prawicy syndromów — syndromu opozycyjności, syndromu małych partii oraz syndromu, który najchętniej bym nazwał syndromem bękarta, ale nazwijmy go delikatniej syndromem niechęci do tradycji Solidarności. Wszystkie wymienione trwałe inklinacje części środowisk prawicy się oczywiście wzajemnie posiłkują i trudno byłoby wskazać najważniejszy, najgłupszy, czy najbardziej niebezpieczny.
Syndrom opozycji jest problemem całej prawicy, która rodziła się w Polsce zasadniczo w permanentnym, różnego jednak natężenia sporze z „Okrągłym Stołem” oraz rzeczywistością początku lat 90. Określanie celów politycznych przez język sprzeciwu i ataku uwięziło jednak tylko część prawicy w tej tendencji, która nie pozwala zawierać porozumień politycznych nawet z najbliższym otoczeniem, pomaga natomiast bardzo łatwo dzielić. Uniemożliwia to prowadzenie polityki, nie tylko tej zdradzieckiej i podłej, ale także tej, która dobrze służyłaby Polsce. Syndrom ten jest tak poważny, że nawet obóz prawicy „rządowej” ma wciąż pewne kłopoty z definiowaniem pozytywnych celów politycznych, kierunków wartych do osiągnięcia, a nie zwalczenia. Ale prawdziwą ofiarą są tu ugrupowania prawicy opozycyjnej.
Syndrom małych partii, prosta konsekwencja słabego przywództwa i rozdrobnienia politycznego prawicy, powoduje, że z horyzontu politycznego uciekają sprawy i projekty, a na ich miejsce wkracza wszechogarniająca gra personalna oraz walka o wciąż podważalną wiarygodność ideową, rodzaj politycznej gnozy. Nie jest odporna na ten syndrom także prawica „rządowa”, która z aptekarską wręcz dokładnością potrafi mierzyć parytety wpływów poczynając od najniższych państwowych i samorządowych posad aż po szczyty władzy i czyniąc to nawet w czasie największych politycznych kryzysów. Jednak i tu główną ofiarą są prawicowcy opozycyjni. Parytety, wcześniej lub prędzej policzyć się bowiem uda, natomiast stwierdzić które Stronnictwo Narodowe jest prawdziwe to już cięższa sprawa.
Najtrudniejszy do opisania i najbardziej złożony jest syndrom niechęci, czy konfrontacji wobec tradycji Sierpnia i Solidarności. Jest ona obecna w ugrupowaniach prawicy AWS–owskiej, czyli rządowej. Jednocześnie jest ona podważana, a czasem wręcz atakowana przez prawicę opozycyjną.
Wielowątkowa nawałnica politycznych zdarzeń, która najpierw doprowadziła, a potem dokonała się w czasie 16 miesięcy wolności w latach 1980–81 jest wyjątkowo łatwym przedmiotem manipulacji przez każdą zorganizowaną i nagłośnioną grupę opiniotwórczą. Na temat Sierpnia powiedziano już wszystko, co możliwe, włącznie z próbami wpisania części SLD w tę tradycję. Sierpień oskarżano o trockizm i rozbuchany klero–nacjonalizm jednocześnie. Uciekł jednak z tych analiz wątek, który dla prawicy powinien być najważniejszy — Sierpień był najdonioślejszym, zbiorowym aktem przyznania się, po 35 latach komunistycznej indoktrynacji i zastraszania, do polskości w jej najbardziej tradycyjnym, naturalnym i emocjonalnie autentycznym wyrazie. Stało się tak mimo faktu, że większość uczestników tamtych zdarzeń wolnej Polski nigdy na oczy nie widziała! Dla ruchu politycznego, który od tamtego czasu trwa nieprzerwanie, Sierpień miał znaczenie podobne jak warszawska manifestacja 3 maja 1891 roku zorganizowana przez Romana Dmowskiego, nie bez udziału środowisk socjalistycznych (sic!), w 100. Rocznicę Ustawy Majowej. Była to pierwsza manifestacja publiczna od pamiętnego roku 1863.
Dlatego dzisiejsza arogancja części prawicy wobec tradycji Sierpnia jest w istocie zatraceniem zmysłu współodczuwania z narodem w jego kluczowych momentach, staje się zasadniczym zaprzeczeniem paradygmatów politycznych zakreślonych przez ani rewolucyjny, ani ugodowy, ruch narodowo–demokratyczny. To, co jest trwałym wkładem Sierpnia w polską politykę to silniejsze niż gdzie indziej wyczucie kategorii dobra wspólnego. Doświadczenie działania jako zjednoczony naród — w staropolskim, nie ludowym znaczeniu tego wyrazu — jest elementem, który bardzo istotnie dziś wpływa na niezrozumiałe dla politologa podziały na polskiej prawicy.
Zatem tak, jak uprawnione i potrzebne jest pytanie o to, co robił każdy dorosły Polak, jeśli w 1981 roku pozostawał poza 10–milionowym ruchem Solidarności, tak samo uprawnione jest pytanie o to, co usprawiedliwia świadomy ruch polityczny lekceważący tę tradycję 10 lat później.
Jaka więc będzie prawica, zapytajmy raz jeszcze?
Będzie ona zreformowanym, być może poszerzonym obozem AWS; obozem zachowującym pewien pluralizm ideowy, który być może będzie się pokrywał z poszczególnymi członami federacji. Ten obóz ma szansę zarówno kontynuując władzę w następnej kadencji, a tym bardziej zasiadając w ławach parlamentarnej opozycji na dalsze uporządkowanie swoich celów, wskazanie rzeczy pierwszorzędnych i tych mniejszej wagi. Tak czy inaczej będzie to czas na potrzebną już dziś dyfuzję programową, która z jednej strony uczyni polską prawicę najbardziej koncepcyjnym, światłym i modernizacyjnym ośrodkiem polityki polskiej, a z drugiej tak usztywni jej kręgosłup kulturowy i moralny, by skutecznie stawiała czoło lewicowym utopiom, także tym obyczajowym. Jeśli ta refleksja będzie prowadzona z dobrą wolą poszanowania tradycji i praw narodu, którego ta polityka jest własnością, nie będzie nigdy powodu by wątpić w dobre dla niej perspektywy.
Mimo, że obóz zjednoczonej prawicy będzie się umacniał; mimo, że dialog z prawicą spoza AWS jest naszym pierwszym zadaniem, bo wszak nie ma nigdzie indziej lepszych Polaków, to różnokolorowy obóz prawicy chronicznie opozycyjnej, czasem cynicznej w swych politycznych grach nie zaniknie. Będzie to jednak obóz deklamacji, do którego dołączać będą w coraz szerszej reprezentacji populizm, partykularyzm i radykalizm.

 

Baza wiedzy

Drzewka bonsai i inne.