Pytanie o szanse przetrwania tak niewielkich wspólnot w dobie globalizacji można uznać za bezprzedmiotowe wobec sposobu, w jaki się ich odrębność definiuje. Generalnie rzecz biorąc, pokrewieństwo językowe gwar śląskich oraz innych regionalnych odmian polszczyzny uważane jest za czynnik mało istotny w zestawieniu z kulturowym pokrewieństwem łączącym ludność Śląska z Niemcami. Starając się dowieść istnienia na Śląsku wymienionych grup narodowych Tomasz Kamusella wskazywał nie tylko na silne nastroje separatystyczne, ale i trudności asymilacji w obrębie państwa polskiego, w mniejszym stopniu czeskiego - przy wielkiej łatwości ulegania germanizacji, stanowiącej dla mieszkańców Śląska przepustkę do wyższej cywilizacji i kultury.
Istota tak definiowanej odrębności wyraża się zatem nie tyle w przywiązaniu do własnej kultury, ale przeciwnie, w łatwym asymilowaniu się do kultury innej, w tym wypadku niemieckiej. To dlatego w czasach PRL Ślązacy wyjeżdżali do RFN. Całość wywodu wieńczy porównanie nacjonalizmów polskiego i niemieckiego: pierwszego drapieżnego, nie szanującego odrębności regionalnych; drugiego zaś tolerancyjnego i otwartego - nawet w hitlerowskiej odmianie - gdyż dopuszczającego istnienie mówiącego po słowiańsku „Niemca kulturowego”. Merytorycznie rzecz biorąc, wywód ten kłóci się z elementarnymi faktami, może też razić interpretowanie w kategoriach narodowych zjawisk należących do całkiem innej dziedziny. Każdy z czytelników, niezależnie od części Polski w której mieszkał, miał zapewne wiele okazji by widzieć - na ulicy czy w lokalach - całe chmary „Niemców kulturowych”, hałaśliwych w sposobie bycia, lubiących piwo i kiełbaski, którzy chętnie zamieniliby swój samochód na lepszy. W wywodzie tym nie względy merytoryczne są jednak najważniejsze, ale zawarte w nim deklaracje intencji i woli. Chodzi o wykazanie, że Ślązacy nie są Polakami, i dlaczego się nimi nie staną. A zawarte w książce wypowiedzi, na tle innych podobnych, zawartych czy to w publicystyce „Jaskółki”, czy innych enuncjacjach, wcale jeszcze nie są skrajne.
Uczestnicząc we Wrocławiu w spotkaniach znanego na tutejszym gruncie „salonu” dyskusyjnego, miałem dwukrotnie okazję zetknąć się z rzecznikami ruchu śląskiego. W obu wypadkach byli to profesorowie, pracownicy Uniwersytetu Opolskiego. Podkreślam to, gdyż charakter ich wystąpień urągał elementarnym wymogom rzetelności oraz etyki, kojarzonej z pracą badawczą. Faktów można nie znać, ale nic nie usprawiedliwia jątrzenia i siana nienawiści. Tymczasem usłyszeliśmy o „Polaczkach”, polskim niechlujstwie, brudzie, zbrodniach, ucisku (w kontekście rządom wojewody Michała Grażyńskiego przeciwstawiono w korzystnym świetle panowanie hitlerowskie na Śląsku). Zupełny zaś ideał, utraconą Arkadię, stanowić miały czasy pruskie: kiedy ludność mówiąca różnymi językami żyła w przykładnej zgodzie - pod opiekuńczymi skrzydłami tolerancyjnego państwa. Ideał ten niestety nie przetrwał długo: zniszczyła go pierwsza wojna światowa, a wcześniej podminowały występne polskie spiski. Cały ten obrazek należy do kategorii mitów, a wspierająca go argumentacja szczegółowa często trąci intelektualnym gangsterstwem. Jak np. zaklasyfikować informację, że „Korfantego zabili Polacy?”. To już nie chodzi o spekulowanie na temat przyczyn śmierci, ale o tendencje do rozciągania winy na całą zbiorowość.


